11 lutego 2020

Sporo lat temu wielka korporacja chciała postawić duże wiatraki niedaleko nas, za górką. Takie na prawdę duże, na skraju obszaru chronionego krajobrazu, ok 300m od najbliższych domów. Zapanowało powszechne wzmożenie, kompletowaliśmy dokumentację przyrodniczą, protestowaliśmy dzielnie, nawet blokowaliśmy szosę krajową, pisaliśmy pisma, chodziliśmy na zebrania, przekonywaliśmy burmistrza. I udało się, wiatraki nie powstały. To był mój pierwszy jakikolwiek aktywizm i zarazem duży sukces.

No i?

Minęło kilka lat, a ja, na własnej działce, sam sobie, za własną kasę postawiłem wiatrak! Czy to jest spójne? Co się zmieniło? Co różni te dwie sytuacje?

Otóż różni je właściwie wszystko.

Duże wiatraki znane powszechnie już z krajobrazu mają wiele zalet w zakresie dekarbonizacji energetyki i są bardzo potrzebne. Wciąż z różną intensywnością są budowane, choć na polskim śródlądziu nie ma zbyt wiele miejsc, gdzie mogą powstawać bez konfliktu z mieszkańcami, przyrodą, krajobrazem. Bo jeśli coś lepszego w miejsce tego, co jest teraz ma rzeczywiście zacząć powstawać, to musi to służyć ludziom. A wielkie wiatraki służą wielkim ideom, jak „dekarbonizacja”, czy „niezależność energetyczna kraju”. Pieniądze przez nie generowane przepływają wysoko ponad głowami mieszkańców, rozpływają się w centralnych podatkach i trafiają do garstki najbardziej uprzywilejowanych krezusów. To też jest potrzebne, ale nie przesadzałbym ze zbytnim ułatwianiem tej grupce trzepania grubej kasy. Idea skapywania kapitału już nie działa, a poziom pazerności i sprawności w rolowaniu zarówno państwa, jak i obywateli nie miał sobie w historii równych.

Natomiast małe, przydomowe elektrownie, to zupełnie inna sprawa. Na początek zaznaczę, że powszechne u nas prosumenckie rozwiązanie polegające na magazynowaniu wyprodukowanego na dachu prądu w sieci energetycznej nie jest moim ulubionym rozwiązaniem. Jest przez swą dostępność i powszechność oczywistym „pierwszym wyborem”, pozwalającym myśleć, że jesteśmy nowocześni i ekologiczni, rozwiązaniem pozwalającym oszczędzać pieniądze. Ale rozwiązania promowane i najłatwiejsze rzadko są na prawdę najlepsze. Raczej zawierają dużo drobnego druku i służą nie do końca temu, do czemu się mówi, że służą. Zatem nie zajmę się tu dokładniej tego rodzaju instalacjami.

Ale jest też trzecia droga. Trzecie drogi zawsze fascynowały ludzi, których świat nie mieści się w prostych, czarno białych alternatywach. Dziwaków, którzy byli nieufni względem tego, co oczywiste. Głupków wioskowych, którzy zadając dziwaczne pytania, mżyli w koło poblaskiem świętości. To ostatnie, to trochę o mnie, choć z tą świętością raczej przesadziłem. W każdym razie trzecie drogi często poniewczasie okazują się być sensowną alternatywą, nie taką straszną utopią, nienajgorszym ekstremizmem i szkoda, że nie wpadliśmy na to wcześniej.

Ale ktoś jednak na to wpadł, tylko większość nie chciała go słuchać.

Kiedy trzy lata temu przeczytałem „Świat na rozdrożu” Marcina Popkiewicza, poczułem, że trafiłem na syntetyczny opis wielkiego problemu. A w przeczytanej zaraz potem „rewolucji energetycznej - ale po co?” znalazłem sporo możliwych rozwiązań. Zacząłem więc zgłębiać temat, przez ostatnie trzy lata czytam prawie wszystko, co można znaleźć po polsku na temat klimatu, węgla, energetyki, sprzężeń dodatnich, współczesnego kapitalizmu i demografii. A jak już się tak naczytałem, to pomyślałem, że trzeba coś robić, że samo gadanie nie wystarczy. No i wymyśliłem, że poprowadzimy Farfurnię w stronę zeroemisyjności. Świadomie napisałem „w stronę”, a nie „do”, bo to przecież proces. Nie dość, że długi, to jeszcze nie wiadomo, czy da się tam dojść będąc po prostu facetem z niedużym biznesem, za to dużą rodziną, mnóstwem ograniczeń, funkcjonującym w świecie, który nie bardzo widzi problem.

Czytałem, liczyłem, kombinowałem i wyszło mi na to, że powinno się dać zrobić. Powinno się dać na to pożyczyć pieniądze i powinno się w 10 - 15 lat zwrócić. Problem był tylko jeden: do tej pory nikt tego na taką skalę w naszym kraju nie zrobił. A jeżeli, to się tym nie chwali. Czyli, że wszystko trzeba wymyślić samemu, a właściwie samemu poskładać z porozrzucanych klocków, które są rozpieprzone po całym pokoju. Tylko, że pokój jest wielkości Europy i tu zaczęły się schody. Początkowo ich nie zauważyłem.

Poskładałem do kupy taką oto koncepcję. Jak świeci słońce, to energii jest od groma i jest już łatwa do odzyskania. I co prawda, przez dużą część roku nie świeci, ale u mnie, w górach zazwyczaj wtedy wieje wiatr. Też łatwizna. Do tego momentu jest to proste i oczywiste, i niczego nowego właściwie nie odkryłem. Ale za momentem produkowania energii zaczyna się problem jej magazynowania. Już kilka rzeczy w życiu zrobiłem dla tego, że nie wiedziałem, że się nie da, więc zacząłem rozkminiać problem magazynowania. Bo niby czemu nie? Zaczęło się wtedy pisać, że gdzieś w świecie powstają takie magazyny, że tworzy się powoli rynek wtórny akumulatorów z samochodów elektrycznych, że jeden nawiedzony wizjoner stawia takie baterie, które bilansują całe miasto... czyli klocki gdzieś już są, trzeba to tylko poskładać w jakąś sensowną całość.

Ogólnie schemat wygląda tak: Energia słoneczna, na zmianę wiatrową, jest przerabiana na elektryczną i magazynowana w dużym akumulatorze, oraz używana do ładowania elektrycznego samochodu. Część energii, w postaci energii cieplnej (też w domu bardzo potrzebnej) trafi do istniejących już wcześniej buforów z gorącą wodą. I już. Proste, jak słońce. Teraz trzeba tylko znaleźć kogoś, kto to wszystko policzy i dobierze podzespoły, potem wykonawcę, pieniądze, i takie tam drobiazgi. Jak już wszystko zadziała, to będę miał własny prąd i nie będę go kupował od żadnej sieci energetycznej, nie przyłożę ręki do śmierci górników, ani do emisji CO2. Nie podniosę poziomu oceanów, nie uwolnię metanu z hydratów, nie spowoduję, ze Afryka przestanie się nadawać do życia. I w dodatku pokażę, że się da i wielu zacznie robić to samo. Pytaniem: czemu do tej pory nikt tego na wielką skalę nie robi, nie zaprzątałem sobie głowy. Widocznie tak wyszło, może nikomu się nie chce ryzykować wychodzenia poza utarte ścieżki, kiedy można wziąć dotację na normalną instalację i po tygodniu mieć to z bani?

Na razie wystarczy, muszę zostawić coś na następne wpisy. I tak wiadomo, jak to się skończyło. Ponieważ nie siedzę ani w domu wariatów, ani w więzieniu - znaczy, że raczej dobrze. Chociaż może lepiej nie zapeszać, bo tak na prawdę, to jeszcze się nie skończyło...

 

 

Po co psuć krajobraz własną elektrownią?